środa, 30 lipca 2014

33. Rok włosomaniactwa! + rady dla początkujących


 (serduszko mi nie wyszło :D)

Dokładnie rok temu postanowiłam zacząć dbać o włosy i idąc na całość zrezygnowałam z dotychczasowej pielęgnacji, farbowania i prostowania. Co dał mi rok włosomaniactwa? Przede wszystkim stałam się dużo bardziej świadomym konsumentem. Nie tylko czytam składy kosmetyków włosowych, ale każdy skład. Kremu, pudru, soku czy wafelków. Wspięłam się też na odrobinę wyższy level w organizacji czasu (no bo muszę naolejować włosy, nałożyć maseczkę, wysuszyć itp.) i przede wszystkim jestem o krok bliżej do zaakceptowania siebie. Nawet nie wiecie, jakie to trudne, kiedy wstajecie rano a tu każdy włos w inną stronę. I co zrobić? Nie mogę wyprostować, przecież jestem włosomaniaczką... I masz babo placek. Dlatego zamiast sięgać po prostownicę związuję włosy w kucyk albo w koka. I pracuję nad tym, żeby wyglądały lepiej. Może dzięki temu zmotywuję się do walki o lepsze ciało :D

Oczywiście na początku nie obyło się bez szału zakupów, kupowania coraz to nowszych masek, bo ta używana "nie działa". Przez pierwsze dwa miesiące nie obyło się też bez prostowania. Ilość kosmetyków rosła, a ja nie widziałam ogromnych efektów i zmian, więc dalej kupowałam kolejne kosmetyki... I w taką pułapkę najczęściej wpadają początkujące włosomaniaczki. Jak zacząć, żeby nie wydać fortuny? Co kupić, żeby działało? Ja ze swojej strony przygotowałam parę zestawów dla początkujących- od 57zł wzwyż.

Zestawy tańsze:

- do olejowania- ze swojej strony polecam olej lniany, który podobno jest najbardziej uniwersalnym olejem. Można go kupić tak jak ja na stronie zrobsobiekrem.pl, albo spróbować w sklepach z ekologiczna żywnością. Ja wolałam kupić go online, ponieważ jest to mniejsza pojemność i gdyby mi nie przypasował, nie miałabym problemu z jego użyciem. Jeśli jednak nie masz dostępu, polecam olejek Babydream Fur Mama- wiele dziewczyn jest z niego zadowolonych.
- do mycia codziennego- trochę Ci zajmie, zanim dowiesz się, czy lubisz mocne oczyszczenie czy delikatne szampony. Jeśli polubisz się z tymi ostatnimi, pamiętaj, że raz na jakiś czas warto użyć czegoś mocniej oczyszczającego. Z delikatnych szamponów polecam zwykły płyn do higieny intymnej Facelle z aloesem albo Babydream dla dzidziusiów. Jeśli chodzi o oczyszczenie- zdecydowanie Barwa dostępna w marketach albo Joanna Naturia.
- jako codzienna odżywka- bardzo ciężko utrafić coś fajnego, ale polecam Joannę Argan Oil albo Garnier Awokado i Karite.
- maska na ponad 30 minut- zdecydowanie Kallos al Latte. Pomaga na bardzo zniszczone i zaniedbane włosy i ma przecudny zapach mleczno-budyniowych ciasteczek. Ale ten litrowy, bo te małe różnią się od niego składem. Polecam też odżywkę z Alterry Granat i Aloes używać jako maskę.
- do zabezpieczania końcówek- silikonowe serum Green Pharmacy, nic tak fajnie nie zabezpiecza końcówek jak to serum :)
- na wypadanie włosów- mimo, że nie umiem się "wcierkować" polecę Jantar, bo tylko on jest w cenie, a efekty są podobno super :)
- do czesania- odpowiednik Tangle Teezera z ebaya lub z allegro.

Do tego polecam dodawać domowe produkty do masek- np. miód (uwaga, podobno może delikatnie rozjaśniać, czego nie zauważyłam), oraz robić domowe maseczki np. z żółtka (2 żółtka, 2 łyżki olejku rycynowego, sok z połowy cytryny). Oczywiście na porost włosów stosuję też herbatki z pokrzywy i skrzypu oraz np. drożdże w tabletkach, o których w kółko zapominam!





Razem: 56,49zł



 Razem: 73zł

 Zestaw droższy:

- do olejowania- jeśli Twoje włosy lubią olej kokosowy, możesz spróbować np. olejku Vatika. Można też zainwestować w olej musztardowy, na przykłąd firmy KTC.
- do mycia codziennego- bardzo polubiłam szampon-balsam z Białej Bani Agafii jeśli chodzi o delikatne mycie. Jako takiego szamponu oczyszczającego jednak nie mogę Wam innego zaproponować, bo po prostu go nie znam :D
- jako codzienna odżywka- Alterra Granat i Aloes. Swego czasu bardzo ją lubiłam, nic tak nie dyscyplinowało moich kłaczków ;)
- jako maska na powyżej 30 minut- zdecydowanie maska aloesowa z Natur Vital! Naturalny skład, mocny zapach, który na włosach znika i super działanie... Jestem na tak :D
- serum do zabezpieczania końcówek- dzisiaj właśnie przeczytałam u Anwen o olejku z L'oreala, którego nigdy nie miałam, ale jeśli do listopada skończą się moje olejkowe zapasy to zdecydowanie dam mu szansę :)
- na babyhair/przeciw wypadaniu- tutaj mogę dodać zdecydowanie maskę drożdżową Babuszki Agafii! Nic nie spowodowało takiego wysypu babyhair jak ten produkt. No i ten zapach <3
- do czesania- zdecydowanie oryginalny Tangle Teezer! Nie wiem, jak dawniej mogłam się bez niego obyć :)



Razem: 168,5zł/171,5zł.


A jakie są moje inne rady dotyczące codziennej pielęgnacji? Wypowiem się na temat prostowłosych:

- jeśli Twoje proste włosy wywijają się i puszą po odstawieniu prostownicy ukazując swój naturalny stan, zetnij je do ramion. Będzie bolało, ale lepiej się ułożą i będą dużo zdrowsze.
- używaj suszarki z chłodnym nawiewem. Polecam tę rossmannowską za 43zł.
- kiedy śpię sama śpię w rozpuszczonych włosach. Jestem przyzwyczajona do przerzucania włosów podczas przekręcania się na bok, ale kiedy nocuję u mojego chłopaka zwykle związuję włosy w koka albo w pętelkę. Niestety rano są wymiętolone i muszę robić koczka, ale przynajmniej jest im trochę lepiej.
- jeśli chcesz trochę "wyprostować" włosy, nałóż silikonowe serum Green Pharmacy i zawiń włosy na palcu- zrozumiecie o co mi chodzi jak klikniecie w ten filmik:


Ja tak robiłam, robię i działa zawsze po wysuszeniu :) Z tym że ja zawijam na palec i nie związuję ich, ale przytrzymuję parę sekund.
- zamiast skrzypu i innych suplementów wybierz herbatę ze skrzypu i pokrzywy. Wrzucamy po jednej torebce do kubka, zalewamy, zaparzamy pod przykryciem około 8-10 minut i pijemy. Nie słodzimy! Ja byłam strasznym słodzikiem, ale od kiedy piję tą herbatę to zwykłą słodzę jedną łyżką a nie trzema :D
- włosy czeszemy tylko i wyłącznie na sucho!
- unikamy gumek z metalowymi elementami i ostro zakończonych wsuwek i tych z kulkami na końcach. Polecam żabki albo dobrze wykonane tradycyjne spineczki.
- nie przesadzamy też z olejowaniem, starczy spokojnie przed każdym myciem jeśli myjemy co 2 dni. Słyszałam o sytuacjach gdzie dziewczyna normalnie miała świeże włosy aż 4 dni, ale myła je codziennie i codziennie olejowała więc myślę że co za dużo to nie zdrowo.
- no i nie zapominamy o dobrym odżywianiu oczywiście (a nie pizze, chipsy i tosty jak ja :<)

Jeśli trafi tu ktoś potrzebujący włosowej pomocy i przyda mu się chociaż jedna rada, to będę wniebowzięta :D ale mam nadzieję że i Wam coś wpadło w oko ;) 

Mam nadzieję że oprócz mnie też są takie jeszcze raczkujące włosomaniaczki jak ja, bo nadal mam problemy z wypadaniem włosów, a o splątanej wierzchniej warstwie wolę nie mówić... Niestety nie wiem od czego się tak plącze i puszy, ale bardzo ciężko ją zmiękczyć i doprowadzić do porządku. Jeśli macie w zanadrzu jakieś rady i propozycje to śmiało piszcie! Wszystko przyjmę ;D

I to by było na tyle tasiemca :D Życzcie mi owocnego kolejnego roku i jeszcze kolejnego, bo kiedyś Was zaskoczę i nauczę się pleść piękne warkocze dobierane i w ogóle jakieś wymyślne! 
Pozdrawiam,
Gumi

PS właśnie przekroczyliśmy 4000 wyświetleń! Dziękuję :*

wtorek, 29 lipca 2014

32. Recenzja: odżywka Joanna Argan Oil


Hej! Przepraszam za kolejną już nieobecność, ale spowodował ją bardzo spontaniczny wyjazd w miejsce bez internetu i dostępu do bloga, połączony z moją pierwszą "praktyką" zawodową. Przez ten tydzień nauczyłam się tak wielu rzeczy i jestem przekonana, że jestem na dobrym kierunku studiów i idę w dobrą stronę. Oczywiście musiałam się pochorować i od wczoraj zużywam tony chusteczek :D Ale dość o mnie- dzisiaj zajmiemy się odżywką, której najpierw nienawidziłam, a przypadkiem ją pokochałam!



Zacznijmy od opakowania- jest poręczne i praktyczne. Nie mam problemu z otwarciem produktu mokrymi rękoma, nie potrzeba też używać do tego celu paznokci. Również sam produkt wydobywa się bardzo łatwo- przy końcu opakowania po prostu stawiam odżywkę "na głowie", albo trzącham nią, dopóki coś nie wypłynie :)



Odżywka jest jasnożółta i ma słodki zapach, kojarzący mi się z produktami o zapachu mleka z miodem. Ma fajną konsystencję- nie jest rzadka i lejąca, ale nie jest bardzo zbita. Nie spływa z włosów i niewielka jej ilość pozwala na ich pokrycie. Zapach nie utrzymuje się na włosach po wysuszeniu. Również cena zachęca do kupna- 3,99 zł w Kauflandzie. Nie polecam kupować jej np. w Hebe, ponieważ cena jest dwa razy większa. W Rossmannie w ogóle jej nie widziałam.

A jak wpłynęła na moje włosy i dlaczego na początku jej nienawidziłam? Jeszcze kiedy byłam platynową blondynką miałam przebłyski włosomaniactwa i to ta odżywka była jedną z pierwszych, które sobie kupiłam. Niestety, przetłuściła mi włosy (albo tak sobie wmawiałam :D) i potem zużyłam ją do golenia nóg. Jednak wystarczył rok (tak w ogóle jutro będę miała rok włosomaniactwa <3) żebym zmieniła o niej zdanie. Kupiłam ją w nagłej potrzebie- bardzo chciałam zrobić sobie odżywkę pod olejek (z przepisu Bijum), ale niestety nie mogłam znaleźć w Rossmannie odżywki, którą polecała. Kupiłam tą w Kauflandzie i dobrze nadała się zarówno jako odżywka pod olej, jak i odżywka na włosy. 

Używałam jej zwykle na około 5-10 minut i już mogłam zauważyć jej działanie- świetnie zmiękczała włosy i nadawała im blask. Na moich włosach gościła najczęściej w duecie z olejem lnianym i tu sprawdzała się naprawdę fajnie i bardzo się polubiłyśmy. Poza tym jest szalenie wydajna- starczyła mi na miesiąc regularnego używania, gdzie zwykle starcza mi na dwa, trzy tygodnie.


Dorzucam skład dla zainteresowanych- jak dla mnie nie jest najgorszy, ale szczerze mówiąc słabo znam się na składach :/ Ale z tego co wyczytałam, na pierwszych miejscach mamy:

- oczywiście wodę,
- alkohol cetylowy czyli tłusty emolient
- dimethicone, czyli silikon, który ma na celu "kondycjonować" włosy i ułatwiać ich rozczesywanie, wygładzać je itp.,
- glicerynę, czyli humekant,
- quaterinium-91, który podobno ma ochraniać kolor
- ceterimonium methosulfate, teoretycznie substancja drażniąca, używany najczęściej jako środek zmiękczający,
- argania spinosa kernel oil czyli olejek arganowy,
- triethanolamine, czyli regulator Ph.

Potem mamy już zapach, a po zapachu są substancje w tak małej ilości, że nie powinny nam zaszkodzić. Jeśli w czymś się pomyliłam to dajcie mi znać i poprawcie mnie, bo musiałam trochę poszperać w internetach żeby się dowiedzieć co jest czym :)

Czy ta odżywka ma jakieś minusy? Może cena w drogeriach, bo w marketach jest dość niska.  Dla mnie jest to odżywka numer jeden i muszę polecieć po kolejne opakowanie!

Podsumowując:
+ poręczne i estetyczne opakowanie
+ konsystencja
+ zapach- mleczno-miodowy
+ niska cena w markecie
+ działanie na włosach
+ wydajność
+ nienajgorszy skład

+/- dla niektórych wydobywanie produktu pod koniec, ale mnie to osobiście nie przeszkadza

- cena w Hebe- dwa razy większa!


A Wy macie swoją odżywkę numer jeden? Możecie mi coś polecić?

Pozdrawiam!

czwartek, 17 lipca 2014

31. Moja włosowa historia!

Ponieważ jest tu Was już ponad 30, a przekroczyliśmy 3000 wyświetleń bloga, postanowiłam podzielić się moją amatorską włosową historią. Moje włosy miały ze mną bardzo ciężko i do tej pory nie mam pojęcia, jak się z tego wywinęły. Od razu przepraszam za jakość i wielkość niektórych zdjęć, bo część musiałam wykadrować, a część zmniejszyć no i tak wyszło.
Być może kiedyś pokażę Wam twarz, ale na razie nie jestem na to gotowa. Kto jest ciekawy zapraszam na instagrama -> KLIK! (wie ktoś może jak wstawić widgeta instagrama na bloga? Bo chciałabym a nie mam pojęcia :<)


Od zawsze miałam piękne, gęste i grube włosy. Najczęściej były ścinane na króciutko, ale czasem udawało mi się je zapuścić. Jako dziecko nienawidziłam myć, czesać i suszyć włosów i darłam się w tej łazience w niebogłosy. 


Do komunii miałam pięknie zapuszczone włosy, które potem, jak większość dziewczynek ścięłam. Byłam czesana w różne kucyki, warkoczyki, ale nie ruszałam moich włosów żadną farbą czy czymś takim. Dopóki w 5 czy 6 klasie nie zamarzyły mi się platynowe włosy. Nie mam pojęcia do tej pory jakim cudem, ale moja mama zgodziła się mi je zafarbować. Na szczęście farba złapała tylko czubek głowy i wyglądałam, jakby mi się rozbiło jajko na głowie. Zaufane fryzjerki odratowały mi kolor i nikt nic nie zauważył :D

W gimnazjum miałam różne fryzury. Najpierw po prostu ścięte do ramion, a potem odkryłam uroki grzywki (między innymi że wyglądam jakoś "lepiej") i cieniowania włosów (nie było ich tak dużo, mogłam je swobodnie podpiąć i nie miałam problemu. Na jakiś czas odkryłam magię prostownicy (widać na drugim zdjęciu), ale poprostowałam przez miesiąc czy półtora i przeszło mi. Kiedyś prostownice były wielkie i nie sposób było je utrzymać w jednej ręce :DByły fryzurki nieco dłuższe jak tu:




Ale pewnego dnia przed wyjazdem na wycieczkę do Francji w drugiej klasie gimnazjum razem z moją przyjaciółką poszłyśmy do fryzjera. Tego samego, zaufanego, gdzie moje ukochane fryzjerki ratowały mi włosy parę lat temu i gdzie pani pięknie mnie obcięła rok wcześniej (na zdjęciu wyżej po prawej stronie). Poprosiłam o dokładnie tą samą fryzurę, z tym że bez ścinania włosów z długości (miałam naprawdę, piękne długie włosy aż za łopatki). Niestety pani opacznie mnie zrozumiała i zafundowała mi ścięcie do takiej długości:




Nie muszę chyba mówić jaka byłam załamana? Tyle włosów... W dodatku mojej przyjaciółce ścięła dokładnie tak jak ona chciała. Szczerze mówiąc to nawet nie pamiętam, czego używałam w tym czasie do włosów. Z pewnością jakiś drogeryjny szampon+drogeryjna odżywka. Krótkich włosów nie prostowałam, no bo po co, a plus był taki, że na wycieczki, gdzie jechało się 14 czy więcej godzin mogłam je podpiąć najzwyklejszymi wsuwkami i było mi chłodniej, za to moje koleżanki (w tym jedna z włosami aż za pupę!) miały trochę gorszą sytuację.
Nie czułam się jednak dobrze w tej fryzurze i bardzo je zapuszczałam. Oprócz szamponu i odżywki nie robiłam nic, bo nie miałam z nimi żadnych problemów. W 3 klasie gimnazjum jak udało mi się zapuścić włosy za ramiona to wiązałam je w kilka warkoczy na noc i rano byłam pudelkiem. Nie wiem co ja widziałam w tej fryzurze ale Bogu dzięki nie mam zdjęć.

No i właśnie pod koniec 3 klasy gimnazjum postanowiłam spróbować farbowania. Najpierw była to szamponetka, która była wiśniowa, a sprała mi się na kolor różowy i miałam jasnoróżowe włosy przez parę dni, a potem mama zgodziła się na brązową farbę w czerwcu 2009. O ile przy pierwszym farbowaniu wyglądałam super, bo kolor był w miarę jasny i zgrywał się z moją bladą cerą, to kolejne farbowania były co najmniej nieudane...



Pierwsze zdjęcie ma nieco przekłamane kolory, ale widać, że włosy miały w pewnym momencie rudawy poblask. Na drugim zdjęciu widać mój kolor po paru myciach, no i próby "skręcenia" włosów. Nie wiem na co ja je kręciłam, ale pamiętam że ugniatałam je żeby było to bardziej widać. Po deszczu też miały fajny skręt i bardzo mi się podobał. Nadal byłam na drogeryjnym szamponie i odżywkach, ale miałam mnóstwo białych kulek na końcówkach.

W końcu znudził mi się kolor i ostatni raz zafarbowałam je szamponetką w maju 2010 i zostawiłam je same sobie. Nawet się nie spodziewałam, a kolor mega szybko się wypłukał. Przez dłuższy czas chodziłam ruda (pierwsze zdjęcie sierpień 2010, drugie grudzień 2010).



W końcu zaczęłam zapuszczać grzywkę i przypinałam ją albo jak na powyższym zdjęciu, albo zakręcałam na palec i przypinałam wsuwką. Byłam całkiem zadowolona z tego jak szybko rośnie. Wtedy uwielbiałam działanie prostownicy (chociaż miałam jedną z tańszych i niespecjalnie widziałam, żeby robiła mi krzywdę- moje włosy musiały albo być mega mocne, albo dobrze zasilikonowane ;D), kręciłam włosy na lokówkę. Jak mama coś kupiła, to używałam drogeryjnych masek typu Wella, Pantene, Garnier itp.






Kolor wypłukał mi się aż do tego po lewo (lipiec/sierpień 2011), a potem zrudziałam (październik/listopad 2011). W międzyczasie był taki jak na kolejnym zdjęciu (październik 2011) i wcześniej po prawo (wrzesień 2011 i moja 18kowa fryzura). W zależności od światła prezentował się naprawdę różnorako. Najważniejsze, że grzywkę mogłam schować, a włosy były mega długie!

Na 18 urodziny mama zafundowała mi pasemka (niestety nie mam dobrego zdjęcia, które by to zobrazowało), ale były bardzo subtelne i wyglądały dobrze. Włosy ścięłam wtedy "na Kasię Tusk" (klik), może nie tak krótko, ale na prosto. Dodatkowo na 18kę zafundowałam sobie nową prostownicę (teraz będzie krótka historyjka :D w dzień przed pójściem na pasemka prostownica dosłownie spaliła mi się w dłoniach, dobrze że nie na włosach. Wstrzeliła się w termin, bo następnego dnia miałam rodzinną 18 a włosy po fryzjerze wyglądały pięknie, a co za tym idzie w niedzielę mogłam kupić nową prostownicę, żeby w poniedziałek "jakoś wyglądać"), był to jakiś tam super Remington. Włosy wyglądały mniej-więcej tak:



Wierzcie mi lub nie, przy codziennym prostowaniu na 230 stopniach byłam święcie przekonana, że końcówki ani troszeczkę nie są zniszczone (a już były, można to zobaczyć na obu zdjęciach!).
Nadal używałam na zmianę Garnierów, Pantene, Timotei itp.

W końcu wyjechałam na wakacje (pierwszy raz sama, tylko ja i mój chłopak, ale byłam dumna ;D) i na ten tydzień odstawiłam prostownicę. Widać było, że włosy są zniszczone ale niespecjalnie wiedziałam, co z nimi zrobić, dlatego po powrocie wróciłam do prostowania :D


(tak wyglądały moje włosy bez ingerencji prostownicy. Falowały się, a teraz nie umiem wydobyć tego efektu :<)

W październiku wybrałam się na moje pierwsze studia, czyli ekonomię, która była dla mnie straszna mordęgą i po pół roku dałam sobie spokój. Za to w listopadzie zamarzyłam sobie platynową czuprynę i mama zafundowała mi to na 19 urodziny. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić, ale w końcu uznałam że wyglądam dobrze i kolor do mnie pasuje! Wreszcie coś do mnie pasowało, nikt nie powiedział że jestem za blada do tego koloru, a na sylwestrze dostałam od nieznajomej dziewczyny tyle komplementów, że byłam przekonana, że to jest coś, przy czym zostanę na zawsze. Używałam szamponu Timotei, maseczki z Welli moisturize, jakiejś odżywki i nie narzekałam na ich stan. Byłam naprawdę wciąż przekonana, że mam piękne końcówki i całe włosy, oczywiście codziennie je prostując na 230 stopniach. Mama w kwietniu kupiła mi Marion 7 efektów i pamiętam, że to było zbawienie :D Miałam parę takich sytuacji że nie zdążyłam włosów wyprostować (albo było tak gorąco, że już nie mogłam ich prostować), wtedy związywałam je w jakiegoś koczka i nakładałam mnóstwo tego serum. Każdy pytał, co robiłam z włosami :D



(styczeń 2013, kwiecień 2013, czerwiec 2013)

Nie mam pojęcia czy dojrzycie końcówki na środkowym zdjęciu, ale mogę Was zapewnić że były w tragicznym stanie jak całe włosy. W czerwcu zdecydowałam się na lekkie podcięcie, a potem trafiłam na wizaż na forum włosomaniaczek. Trafiłam też na bloga Anwen, jeszcze wcześniej do Mudi (która była dla mnie prawdziwą inspiracją) i do Ewalucji. I tak zapragnęłam zostać włosomaniaczką :D W międzyczasie w sferze prywatnej sporo się zmieniło- napisałam dwa dodatkowe przedmioty na maturze i dostałam się na wymarzoną pedagogikę.

Po urlopie z moim chłopakiem postanowiłam bardzo spontanicznie zmienić kolor włosów. 30 lipca wybrałam się do fryzjerki, pokazałam kolor i poprosiłam o farbowanie. Zarówno fryzjerka jak jej córka przekonywały mnie, że mam piękny kolor i po co go zmieniać, ale twardo obstawałam przy swoim. 



Na początku kolor wyglądał tak jak po lewej stronie, niestety nie wzięłam pod uwagę okropnego słońca i po 2 tygodniach włosy wyglądały już tak jak po prawej stronie. Już podczas urlopu kupiłam sobie litrowy słój Kallosa Al Latte, myłam szamponem Babydream, ale potem przeniosłam się na jakiś Timotei, który miałam w domu, bo Babydream okropnie plątał mi włosy. Kupiłam też olejek Alterra Migdały i Papaja i namiętnie je olejowałam. Niestety znowu raz na jakiś czas prostowałam niezadowolona z wyglądu włosów. W październiku wybrałam się do fryzjerki żeby ściąć końcówki i wylądowałam z włosami do ramion- i z perspektywy czasu jestem za to mega wdzięczna! Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że krótkie włosy szybciej schły. Susząc je suszarką z chłodnym nawiewem o godzinie 22 wysychały w 5 minut i układały się wzorowo, więc przestałam je prostować zupełnie (i czegoś gorącego do stylizacji użyłam jak do tej pory raz na wesele). Spałam na stronie, która się puszyła, żeby rano były w lepszym stanie :D A czego używałam potem, odsyłam do mojego pierwszego i drugiego postu >KLIK< >KLIK<

Jak patrzę na moje zdjęcia to łapię się za głowę i jest mi bardzo wstyd za to, jak wyglądałam. Ale kiedyś usłyszałam, że nie można się wstydzić za kogoś, kogo teraz nie ma :D pocieszam się, że zawsze mogło być gorzej i każdy popełnia błędy młodości.
Na chwilę obecną nie jestem do końca zadowolona ze stanu moich włosów, ale dążę do perfekcji :D wciąż mam rozjaśniane końce i to dbanie o nie przychodzi mi najciężej. Nie mogę się doczekać, jak urosną na tyle, żeby się ich pozbyć bez większych sentymentów.

Mam nadzieję że przebrnęłyście przez tasiemca i nie przeraziłyście się aż tak moimi włosami. Pozdrawiam!

niedziela, 13 lipca 2014

30. Starcie tytanów: Tanglee Teezer vs biedronkowy odpowiednik

Cześć! Dziś zapraszam na nową serię postów, czyli porównania. Długo myślałam nad jakąś kreatywną nazwą dla tej serii, aż w końcu wymyśliłam to :D Na pierwszy ogień idzie sławna ostatnio szczotka, którą możemy kupić wraz ze skrzypem w Biedronce, a porównamy ją oczywiście z Tangle Teezerem.



Zaczniemy może od ogólnej prezentacji szczotek. Przede wszystkim pomarańczowa szczotka jest wykonana duuużo, dużo gorzej od oryginału. Plastik nie "styka" się ze sobą, widać bardzo dużo niedociągnięć, np. tu:


czy też tu:


Szczotka wykonana jest tanio, ale powiedzmy sobie szczerze, czego oczekiwać od szczotki za 15 zł? Ja oczekuję, żeby po prostu nie ciągnęła włosów, pomagała rozprowadzić maskę na mokrych kosmykach, no i żeby była w miarę wytrzymała (czytaj: nie rozwaliła się na pół obijając się o wszystko, co mam w torebce).


Szczotki różnią się też kształtem. Z tego co pamiętam, starsza, pierwsza wersja TT miała podobny kształt właśnie do biedronkowej szczotki. Moja jest podobno jakąś nowszą wersją i uważam, że oryginał dużo lepiej leży w dłoni i pewniej się trzyma. Czesząc się pomarańczową szczotką, mam wrażenie, że zaraz wypadnie mi z rąk (ale oczywiście nigdy mi nie wypadła). Poza tym znowu w oczy rzuca się jakość wykonania. Kolce w oryginalnej szczotce są z miękkiego, gumowego (?) plastiku, natomiast kolce w odpowiedniku są zdecydowanie twardsze, ale w obu przypadkach się odginają i wracają na swoje miejsce. W biedronkowej szczocie kolce potrzebują na to tylko trochę więcej czasu.


W obu szczotkach znajdziemy dłuższe i krótsze kolce.Te w Tangle Teezerze są zdecydowanie łagodniej zakończone i można nimi wykonać łagodny masaż głowy. Z pomarańczową szczotką bym tego nie próbowała :)

A jaka jest moja ogólna opinia? Uważam, że zdecydowanie warto ją kupić, jeśli nie chcecie wydawać bajońskich sum na Tanglee Teezery. Oczywiście, oryginały można znaleźć za niewielką cenę (bo już od 30 zł), ale dla niektórych to wciąż za dużo jak na zwykłą szczotkę. Biedronkowy odpowiednik czesze i nie wyrywa włosów, potrzebuje trochę więcej czasu na kołtuny. Maski, odżywki i olejki rozprowadza całkiem przyjemnie i bardzo szybko się go myje. Niestety tak samo jak w oryginale ciężko wydobyć z niego wszystkie włosy, które na nim zostały.
Za to pomarańczową szczotkę dużo łatwiej otworzyć i szybciej zepsuć- mojemu chłopakowi się prawie udało (bo obawiałam się, że już jej nie złożę), a z otwarciem oryginału męczyliśmy się z pół godziny. To dlatego, że odpowiednik jest słabiej wykonany :P

Jeśli nie załapałyście się na szczotki biedronkowe, zawsze możecie kupić jakąś przez ebay, która kosztuje około 5zł + przesyłka, ale wymaga założenia paypala, a ja tego jeszcze nie ogarnęłam. Wbrew pozorom wcale nie są takie popularne i nie znikają z Biedronek- w mojej osiedlowej przed weekendem było ich z 15 sztuk spokojnie, a w innej około 10. Także szukajcie! :D


Dajcie znać, czy podoba Wam się taka seria postów ;) Pozdrawiam!

sobota, 5 lipca 2014

29. Duży haul zakupowy- zakupy ostatnich tygodni



Cześć! Znowu trochę zaniedbałam bloga i chwilowo Was opuściłam, ale to wszystko z powodu ostatniego egzaminu (całorocznego ustnego), który zaliczyłam pozytywnie, potem byłam na weselu, a w poprzednim tygodniu nie było mnie w domu, więc nie miałam zdjęć żeby skleić Wam posta. Tym razem nacykałam na zapas, mam w zanadrzu kilka recenzji więc będzie sporo postów.


Dzisiaj przychodzę do Was z zakupami ostatnich tygodni. Sporo się tego nazbierało, w tym miesiącu planuję nic już więcej nie kupować (no chyba, że coś mi się skończy, chociaż się nie zapowiada ;D), ale wiecie, jak z tymi planami wychodzi :D Póki co nic więcej nie potrzebuję, ale mam dużo do zużycia. Więcej nie gadam- zapraszam!

 (fotkę możecie powiększyć klikając na nią!)
Wszystko to prezentuje się mniej więcej tak. Jak ułożyłam wszystkie produkty to złapałam się za głowę... Masakra!



Zaczniemy może od produktów włosowych. Skrzyp z podróbka Tangle Teezera z Biedronki kupiłam wczoraj, ponieważ mój oryginał trochę już się zmęczył, a chciałabym, żeby jeszcze długo mi posłużył. Dlatego podróbkę postanowiłam zabrać ze sobą w świat (czyt. do torebki :D), a oryginał zostawiam w domu. Kosztowało mnie to około 15 zł.

Maska Joanna Naturia z Lnem i Rumiankiem- ostatnio był spory bum na odżywki, a ja dostałam tylko maseczkę w osiedlowej drogerii. Zapłaciłam 7,80zł, ale odkryłam, że ma bardzo wysoko parafinę w składzie i już nie patrzę na nią tak łaskawym okiem. Zużyję ją prawdopodobnie łącząc z półproduktami.

Półprodukty ze strony zrobsobiekrem.pl - wspominałam o nich w poprzednim poście >KLIK<, olej lniany, olej ze słonecznika, wyciąg z aloesu zatężony 10krotnie i spirulina. Same dobroci :) Na głównym zdjęciu widać jeszcze plastikową buteleczkę z atomizerem, która na tą fotkę już się nie załapała. Mam takie dwie i bardzo fajnie się sprawują :)

Odżywka Joanna Argan Oil- w jednym z moich pierwszych postów o niej wspomniałam i wtedy stwierdziłam, że jest beznadziejna. W tym momencie strasznie ją lubię! Kosztowała mnie około 4zł w Kauflandzie.

Szampon Joanna Naturia Mleko i Cytryna- bardzo fajnie oczyszcza, no i ten zapach! Moje włosy jeszcze długo po umyciu pachną tym szamponem. Cena to około 4zł w Kauflandzie. 

Suchy szampon Batiste- fundnął mi przedwczoraj mój chłopak za zawrotną cenę 10,99 zł. Użyłam go pierwszy raz i jestem w szoku! Do tej pory średnio lubiłam suche szampony (używałam Isany) ale ten bije go na głowę. Chyba zrobię porównanie ;)

Maska Natur Vital z Aloesem i Jałowcem- maska, za którą latałam od grudnia, i przy każdej wizycie w Naturze były tylko te fioletowe. Ostatnio zajrzałam i jak tylko ją zobaczyłam, nie mogłam jej tam zostawić :D kosztowała mnie 22,49, ale użyłam jej pierwszy raz i pretenduje do miana mojej ulubionej maski :)


Z moją buzią ostatnio zaczęło się dziać coś niedobrego. Zaczęła się bardzo świecić, zrobiła się bardzo tłusta i pojawiła mi się "kaszka" na czole, generalnie nie nadawała się do noszenia żadnego makijażu. Natrafiłam w internecie na nową serię Ziaji i byłam jej strasznie ciekawa. W końcu się skusiłam i jeszcze nic konkretnego nie mogę o tych produktach powiedzieć, ale za jakiś czas z pewnością coś naskrobię. Za 4 produkty zapłaciłam 28 złotych z groszami.


Jakiś czas temu zrobił się szał na wodę różaną- jako tonik nie robi u mnie szału, ale przelałam jej trochę do butelki z atomizerem i na upały jest idealna!
Mydełko Aleppo 12% kupiłam skuszona obietnicą nawilżenia i oczyszczenia. Faktycznie tak się dzieje, ale mydełko nie chce się wcale dać "poporcjować", a mycie buzi ostrym kawałkiem wcale nie jest miłe. Na szczęście i na to znalazłam sposób :)
Krem Bioluxe z zieloną herbatą wpadł mi do koszyka podczas powyższych zakupów na cytrynowa.pl. Naczytałam się jak świetnie tonizuje i w ogóle szał, ale u mnie ta tonizacja jest jakaś dziwna. Faktycznie, buzia jest matowa, ale jakaś taka "wypulchniała" zarazem. Nie umiem Wam lepiej tego wytłumaczyć. Niemniej całkiem fajnie się sprawdza podczas upałów.



Podczas zakupów w Naturze do koszyka wpadł mi krem do stóp głęboko nawilżający z Ziaji- moje stopy nie są w najlepszym stanie, więc przyda im się nawilżenie. Jeszcze go nie używałam, ale mam zamiar to zrobić w najbliższym czasie. Koszt to 5,59zł.

Ziaja Multi Modeling Serum proteinowe modelujące biust- tego też jeszcze nie używałam, ale jestem bardzo ciekawa! Kosztowało 6zł bez grosza w Naturze.

Zmywacz do paznokci z Isany- nie trzeba mówić wiele, najlepszy w swojej klasie :)

Mgiełka do ciała Spiced Mango firmy Young- kupiłam ją w Hebe poszukując czegoś lżejszego na lato. Ma mocny zapach soczystego owocu, który na ubraniu utrzymuje się aż do prania, a mój chłopak skwitował, ze "pachnę wiosną" :D Jestem zadowolona, chociaż kosztowała aż 19,99zł.

Maść ochronna z wit. A to jeden z moich must have. Używam jej na dłonie albo bardzo przesuszone miejsca. Kosztuje około 4zł w aptekach, ale ma krótką datę ważności (moja do września 2014), która nigdy nie pozwala mi zużyć jej do końca.



Na koniec kolorówka.

Kupiłam dwa lakiery- jeden podczas promocji w Biedro, czyli Bell Full Colour, który jest bardzo mleczny i delikatny (około 5zł), a drugi to Rimmel Rita Ora w kolorze Don't be shy (7,89 w Rossmannie na przecenie). Bardzo go lubię i marzy mi się jeszcze pomarańczka.

Eveline Art Scenic- kupiłam sobie ten tusz do podkreślania brwi kiedy wróciłam z henny i uznałam, że przyda mi się coś innego niż wosk, który miałam dotychczas. Bardzo podoba mi się aplikacja i nie ma problemu ze zmyciem go z brwi. Kosztował mnie w osiedlowej drogerii około 10 zł.

Tusz Eveline Volumix Fiberlast- miałam jego srebrnego brata i sprawdzał się super, ale ten tusz jest jeszcze lepszy. Ma super szczoteczkę która idealnie rozdziela rzęsy i jestem z niego bardzo zadowolona. Około 10 zł w osiedlowej drogerii.

Puder Paese bambusowy- oczywiście nie byłabym sobą, gdyby połowa tego pudru mi się już nie wysypała (tak to jest, kiedy się go zabiera ze sobą WSZĘDZIE), ale w roli matowienia sprawdza się w porządku. Nie matuje na cały dzień, ale nie przeszkadza mi to bardzo. Około 26zł w osiedlowej drogerii.

Ostatnia rzecz to gąbeczka Ebelin, którą kupiłam na Cytrynowej. Miałam nią nakładać krem BB z Misshy, który dostałam od Taty na Dzień Dziecka, ale ostatnio w ogóle nie nakładam żadnego podkładu i leży nieużywana. Mam nadzieję że niedługo się to zmieni, ale kompletnie nie wiem jak ją czyścić. Na razie czyszczę szamponem z BD, ale i tak ciężko ją doprać.

No i to by było na tyle. Kto przebrnął przez tasiemca? :)
PS jestem już jedną nogą na drugim roku moich studiów! Został mi jeden egzamin na wrzesień, ale i z tym sobie poradzę ;)
PS2 jakie plany na dziś? Ja nie ruszam się z domu, dopóki temperatura trochę nie zelżeje, a do tego czasu planuję generalny porządek w moim pokoju i może jakieś małe przemeblowanie :) Potrzebuję jakiejś zmiany w otoczeniu!
PS3 byłby ktoś chętny na kosmetyczną wymianę? Mam kilka produktów (np. szminki i pomadki, podkłady), które kompletnie mi nie podpasowały, a są jeszcze zdatne do użycia i szkoda je wyrzucać.

Pozdrawiam!