niedziela, 31 sierpnia 2014

40. Moja toaletka- tanie rozwiązanie!

Heej! Witam Was serdecznie, dziś będzie nietypowo- ani o włosach, ani o pielęgnacji- tym razem pokażę Wam, gdzie przechowuję wszystkie moje skarby :) Mój pokój jest całkiem mały i nie mogę sobie pozwolić na jakieś szaleństwa, dlatego stawiam na wygodne i praktyczne rozwiązania. Ponieważ jakiś czas temu zrobiłam przemeblowanie, biurko wywędrowało z dala od światła i musiałam wymyślić coś innego, żebym mogła się spokojnie umalować. Szukałam w internecie inspiracji na toaletki DIY, bo w chwili obecnej nie stać mnie na popularną toaletkę z Ikei, właściwie mój budżet nie był zbyt wysoki, a kolejny regał, nowe biurko czy komoda zagraciłyby mi pokój. Nie mam też parapetu (jak byłam młodsza to nie pomyślałam, że tak pokocham kwiaty :D), więc najtańsze rozwiązanie odpadało. Jak sobie poradziłam (i jak każda z Was może sobie poradzić)?



Jeszcze zanim zrobiłam przemeblowanie, moją toaletką było biurko. Codziennie rano przestawiałam tylko lusterko i pół roboty za mną. Niestety, przy obecnym ustawieniu pokoju jest to niemożliwe. Natrafiłam w sieci na pomysł z bloga Charlotte's Wonderland (KLIK) i pomyślałam, że to jest idealne dla mnie rozwiązanie! Zajmuje niewiele miejsca i w ogóle super. Mój budżet nie przekraczał 30 zł, więc półki jak u Karotki nie były w moim zasięgu. Postawiłam więc na jedną półkę i dwa wsporniki (bo krótsze wsporniki były dużo droższe i nie wyglądałoby to tak dobrze jak w pierwowzorze)- moim zdaniem wygląda fajnie i dobrze spełnia swoje zadanie. 



Tak wygląda moja kosmetyczna przestrzeń. W komodzie trzymam kolorówkę, pielęgnację twarzy, włosowe cuda oraz lakiery i parę innych rzeczy, zaś półka służy mi tylko jako blat, na którym mogę poustawiać parę rzeczy.


W świeczniku z Ikei, który miałam już jakiś czas zamieszkały moje pędzle. Wcześniej mieszkały w doniczce z tej samej serii, ale nie było to zbyt funkcjonalne. Obecne rozwiązanie tez nie jest najlepszym, ale póki nie znajdę czegoś na pędzle do oczu to zostanie tak jak jest. Różowa sówka jest z New Looka sprzed 2 czy 3 lat, a przechowuje waciki. Mam jeszcze jedną, która stoi na regale i trzymam w niej gumki i spinki do włosów. Lusterko oczywiście jest z Ikei.


Na półce stoi też mój najnowszy nabytek z Kauflanda- fiołek w najpiękniejszej doniczce, jaką moje oczy widziały. Kupiłam ją za całe 3,50 w Pepco i uważam to za inwestycję życia :D Mam nadzieję, że kwiatek trochę pożyje ;) Moim zdaniem to fajny dodatek, nie zajmuje dużo miejsca a cieszy oko i od razu milej mi się maluje :)

Bez zbędnych ceregieli przejdziemy do zawartości pierwszej szuflady w komodzie. Swoją drogą komodę kupiłam półtora roku temu w Jysku za ponad 200zł. Nie jest najwspanialszej jakości, ale grunt, że się nie rozlatuje i naprawdę dzielnie mi służy. 
W pierwszej szufladzie trzymam całą moją kolorówkę i doraźną pielęgnację twarzy, oraz rzeczy pierwszej potrzeby.



W dwóch koszyczkach z Pepco (jeden za 69 groszy) przechowuję wszystkie kredki, tusze, bazy pod cienie oraz dwa produkty do ust, a także puder, róż, krem BB i podkład. Wcześniej te rzeczy mieszkały w organizerze z Biedronki, ale nie było to wygodne rozwiązanie jak na szufladę.



W czerwonym koszyczku z Empiku (6,99) trzymam moje palety cieni (Sleek, Make Up Revolution, Inglot i Essence z wampirzej limitki, której rzadko używam), oprócz tego wrzucam tu krem do rąk, pilniczek i mam tu maść na odciski, której używałam jak skarpet złuszczających :P Zwykle jest tu jeszcze gąbeczka do makijażu, ale akurat się suszyła.



A tak mieszkają pojedyncze cienie- póki co nie znalazłam im lepszego miejsca.



A tu mieszka pielęgnacja- większość z Ziaji, ale trzymam tu też maść z witaminą A na przesuszone miejsca.



W pudełku z Biedronki mieszkają wszystkie moje włosowe cuda. W pudełku po chusteczkach trzymam suche szampony, serum na końcówki i odżywkę w sprayu. Obok trzymam Tangle Teezera, pod spodem są produkty do tuningowania masek, a obok nich opaski do włosów. Poza pudełkiem trzymam zapasową maskę, kosmetyczki i opakowanie na pędzle.



Moje skromne zapasy- planuję za jakiś czas zrobić kolejne zakupy, ale póki co szukam odpowiednich produktów :)

I to by było na tyle- nie pokazywałam Wam tylko szuflady z lakierami, bo oprócz nich mam tam dużo innych pierdółek. Wiem, że szuflady wymagają trochę tuningu, ale nie mogę znaleźć odpowiednich koszyków, żeby to wszystko pomieścić. Póki co jest dość funkcjonalnie i nie mogę narzekać, że coś się zapodziało albo nie mogę czegoś znaleźć. Bardzo lubię moje kosmetyczne centrum i okazuje się, ze nie trzeba wydać 600 zł żeby mieć swoje małe królestwo :)

Co sądzicie o mojej toaletce? Zdecydowałybyście się na takie rozwiązanie? A może radzicie sobie jeszcze inaczej? Dajcie znać :)

Pozdrawiam!
Gumi

czwartek, 28 sierpnia 2014

39. Recenzja: Ziaja, Liście manuka

Hej :) Z komentarzy pod poprzednim postem wyczytałam, że najbardziej chcecie zobaczyć nową serię Ziaji, osławioną już w blogosferze. Na kilku blogach widziałam recenzje, część z nich w ogóle nie pokrywa się z moimi odczuciami ;) Ale jeśli chcecie przeczytać, co ja myślę o tych produktach, to zapraszam :)



Zacznijmy może od ogólnego przeglądu produktów. Skusiłam się na cztery z nich: żel z peelingiem, tonik, pastę peelingującą i krem mikrozłuszczający na noc. Za cztery produkty w sklepie firmowym Ziaji zapłaciłam 32 złote z hakiem, co uważam za naprawdę niezły biznes.



Na co najpierw zwróciłam uwagę? Oczywiście na opakowania :D Nic nie poradzę na to, że lubię estetyczne szaty graficzne, a najlepiej proste i minimalistyczne. Owszem, są wyjątki, ale głównie takie produkty przykuwają moją uwagę. Zanim kupiłam tę serię niewiele było o niej na blogach czy Wizażu, a więc postanowiłam się skusić i przetestować na sobie samej. Poza tym kupuję kosmetyki raczej z niższych półek cenowych (nie wyobrażam sobie kupić kremu do twarzy za 200 zł :o), więc ich cena również mnie zachwyciła :) Jeśli byliście kiedyś w sklepie firmowym Ziaji to wiecie, jaki panuje tam spokój, ład i porządek, miła pani jest nienachalna, zna się na produktach i dodaje próbki do zakupów :D, moim zdaniem mają tam świetne podejście do klienta.
Zdecydowałam się tylko na 4 produkty, ponieważ pozostałe 3 (żel normalizujący, reduktor zmian potrądzikowych i krem na dzień) zupełnie mnie nie przekonały ani nazwami, ani obietnicami producenta.

Już o tym nie raz pisałam, ale moja skóra jest mieszana w kierunku tłustej. Nie mam problemów z ogromnymi wypryskami, raczej są to drobne zaskórniki i oczywiście rozszerzone pory. Nie obejdzie się bez przypudrowania podkładu i lekkich poprawek w ciągu dnia



Zacznę może od żelu z peelingiem. Używam go sumiennie od początku lipca rano i wieczorem, może zdarzyło się tylko parę dni, kiedy go nie używałam (leń :D). Moim zdaniem jest to bardzo trafiony produkt. Drobinki peelingujące są odpowiedniej grubości, sam żel ma bardzo przyjemny zapach, absolutnie nienachalny. Po jego użyciu czuję, że moja skóra jest bardzo dobrze oczyszczona i gotowa na kolejne kroki- tonik i krem na noc lub tonik, krem na dzień i makijaż :) W dodatku jest przyjemnie gładka i próżno szukać suchych skórek (które zdarzają mi się często przy brodzie albo na policzkach). Nic mnie nie przesuszyło, nic mnie nie podrażniło. Wydajność jest okej- używam go prawie 2 miesiące, wyciskam 2-3 pompki na jedno mycie twarzy, a jeszcze starczy mi go na parę myć. Jest to obecnie mój numer jeden i kiedy się skończy, z przyjemnością go odkupię :)


Jeśli chodzi o tonik zwężający pory, to brawa dla producenta za umieszczenie atomizera! W upalne dni przynosił ogromną ulgę. Używam go zawsze rano i wieczorem, ale tak jak w przypadku żelu zdarzył mi się czasem leń, kiedy nie używałam żadnych kosmetyków. Cóż mogę powiedzieć- fajny, delikatny produkt. Czy faktycznie zwęża pory? Jeśli używa się go systematycznie, można zauważyć pewną różnicę. W każdym razie bardzo przyjemnie mi się go używa, jego wydajność jest zabójcza- psikam się nim już 2 miesiące, a mam go ponad połowę :) Z pewnością kupię ponownie, chociażby ze względu na miły zapach, delikatne działanie i atomizer!



Ten produkt budzi duże kontrowersje. Może jestem jakaś spaczona, albo moja skóra jest wrażliwa, albo po prostu nie potrzebuję zdzieraków do krwi ;), ale dla mnie ta pasta naprawdę głęboko oczyszcza. Kiedy zdarzyło mi się zapomnieć zabrać żelu na weekend, po powrocie fundowałam sobie mycie buzi właśnie tą pastą. Przez dwa czy trzy dni skóra zdążyła stać się niezbyt miła w dotyku, a produkt radził sobie z nią raz-dwa. Z łazienki wychodziłam z piękną, oczyszczoną i wypeelingowaną twarzą ;) Nie miałam nigdy produktu Garniera, do którego jest porównywana, ale a) Ziaja jest tańsza, b) nie lubię produktów do twarzy z drogerii. Z pewnością na nowo zagości w mojej kosmetyczce, bo długo szukałam peelingu w tubce, który nie byłby enzymatyczny, nie kosztowałby 15 złotych i nie starczałby tylko na 2 tygodnie. Pasty używałam średnio raz w tygodniu z moją mamą, czasem używałam jej do peelingu dłoni czy dekoltu, a jeszcze trochę jej zostało. Jestem na tak!



Ostatni krem to mój absolutny hit i nie wiem, czemu dziewczyny tak na niego narzekają i co więcej, czego od niego oczekują. Krem jest mikrozłuszczający i stężenie kwasu migdałowego nie przekracza 3% (dzięki czemu nie jest fotouczulający i nie musimy obowiązkowo używać przy nim filtrów), więc bardziej będzie nawilżał niż skóra będzie się nam złuszczała płatami. Ja tam jestem zadowolona- ma konsystencję kremu-żelu, szybko się wchłania, podczas upałów również przynosił ulgę swoją konsystencją. Nie przesuszył mi skóry, wręcz przeciwnie- super ją nawilża, rano jest gładziutka jak pupa niemowlaka. Skóra nie jest ściągnięta, nie zapchało mnie. Jestem bardzo zadowolona zarówno z kremu jak i z całej serii. A jakie są efekty po 2 miesiącach używania?

Ano takie, że w tym momencie mogę przypudrować się rano, i świecę się delikatnie na policzkach po południu, ale jest to raczej glow niże efekt tłustej skóry. Nie mam już problemów z żadnymi dużymi wypryskami, jedynie z czasem z niewielkimi grudkami na czole (a przed kuracją miałam problem z tzw. kaszką- teraz to pojedyncze grudki). Buzia jest znacznie gładsza, zdecydowanie lepiej wygląda. Pory są bardziej ściągnięte, a ilość zaskórników zmalała.

Polecam serię każdemu, kto boryka się z cerą tłustą lub mieszaną. Ja nie nastawiałam się na tę serię jakoś strasznie, a jestem pozytywnie zaskoczona. Warto poużywać produktu więcej niż miesiąc żeby ocenić jego działanie- wczoraj Bijum uświadomiła mnie, że skóra potrzebuje co najmniej 32 dni na wymianę całego naskórka!

U mnie seria zdobywa porządną 5 :)

Macie? Używacie? Jaka jest Wasza opinia?
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!
Gumi

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

38. Poniedziałek dla włosów #2- nowości: olej z drzewa herbacianego i maska kakaowa

Hej :) Ostatnio zupełnie nie miałam głosy do bloga, ale wsparła mnie moja dobra duszyczka i co więcej, poratowała nowym, pięknym szablonem! Bijum spisała się na medal i przez calutki dzień robiła dla mnie szablon :D Buziaki i serdecznie Ci dziękuję! A Wy dajcie znać, jak Wam się podoba :) Nazwa też uległa zmianie, ale mam nadzieję, że nadal będziecie mnie odwiedzać :) Zapraszam też na mój profil na Pintereście- jest świeży, ale bardzo podobają mi się tamtejsze włosowe inspiracje :D


Dzisiaj rano postanowiłam zrobić sobie tak zwaną "niedzielę dla włosów". Ostatnio zafundowałam im trochę szaleństw- jak nie suszenie ciepłym powietrzem, to pierwszy raz od roku dopuściłam się prostowania. Ale były tak nieładne w dotyku, że kolejne prostowania sobie daruję :)

Jakich produktów użyłam? Na skalp nałożyłam olejek z drzewa herbacianego (który podobno ma pomóc na łupież, a śmierdzi sosną niemiłosiernie!), a długość potraktowałam dawno zapomnianą maską Bingo Spa z glinką Ghassoul. Po pół godzinie nałożyłam olej lniany, a włosy umieściłam pod foliówką z Żabki, bo nie miałam nic innego. Po dwóch godzinkach umyłam włosy szamponem Vichy Dercos do łupieżu suchego, a w roli maski wystąpiła dzisiaj maska kakaowa. Do miseczki wsypałam łyżeczkę kakao, trochę odżywki Garniera Awokado i karite oraz trochę odżywki Alterry Granat i aloes. wszystko zmieszałam, ale papka wyglądała co najmniej niesmacznie :D Ale w sumie pachniała pięknie i nie przejmowałam się jak wygląda. Maskę trzymałam pół godziny, a potem spłukałam. Po wysuszeniu na końcówki nałożyłam serum z Marionu 7 efektów.






Jaki był efekt? Najpierw włosy wydawały mi się suche i tępe, ale jak to zawsze bywa po wysuszeniu okazały się mięciutkie i idealne do rozczesywania :) Na zdjęciu efekt może nie jest powalający, ale nic na to nie mogę poradzić. Musicie uwierzyć mi na słowo, że były i są super mięciutkie :) Co za tym idzie są bardzo śliskie w dotyku i zwykłe gumki ich nie trzymają, więc muszę posiłkować się gumkami Invisibobble albo ich podróbkami :) 




Eksperyment z maską kakaową udany i z pewnością zaliczę go do powtórzenia w przyszłości!

PS Jakie posty chciałybyście przeczytać? Mam w planach post o serii Liście Manuka z Ziaji, post z moją toaletką, recenzję podkładu Inglot AMC i pudru bambusowego z Paese. :) 

PS 2 Dziękuję za ponad 5000 wyświetleń bloga <3

PS 3 Ostatnio zauważyłam pewną niezbyt sympatyczną rzecz, mianowicie jedna z blogerek podbiera mi tematy na posty, a w samych postach mogę znaleźć parę moich stwierdzeń. Nie jest to dobry pomysł na zyskanie czytelników, a prędzej czy później to wyjdzie :) 
 

Pozdrawiam i życzę Wam miłego wieczoru :)
Gumi

czwartek, 14 sierpnia 2014

37. Starcie tytanów: Batiste vs. Isana

Cześć! Dziś zapraszam na kolejny post z serii "Starcie tytanów". Tym razem będzie to porównanie produktów, których używam stosunkowo rzadko, ale są dni, w których są wręcz niezbędne. Zapraszam :)


Zacznijmy może od ogólnych informacji. Isanę możemy znaleźć w każdym Rossmannie, w regularnej cenie kosztuje 11 zł. Batiste jest dostępny w Hebe i drogeriach internetowych, a jego regularna cena to około 15 zł.


Szata graficzna Isany zdecydowanie nie powala. Ciemnozielona butla ze zdjęciem pani z zezem (:D) jakoś niespecjalnie wywołuje u mnie zachwyt. Szata graficzna Batiste za to ma już w sobie coś, co przykuwa wzrok- chociażby urocze, kolorowe wzory no i smukła butelka.


Obie butle mają po 200ml produktu, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Isana przy bardzo rzadkim używaniu starcza na pół roku, Batiste użyłam dwa razy i nie zapowiada się, żebym miała go szybko wykończyć.


Zajmijmy się teraz tylko Isaną. Szczerze mówiąc, kupiłam go jako mój pierwszy suchy szampon na promocji za zawrotną cenę 6 zł. Zużyłam jedno opakowanie i rozpoczęłam drugie, ale moje zdanie nie jest zbyt pozytywne. Dlaczego?
Przede wszystkim szampon wcale nie działa. Kiedy miałam dłuższe włosy, miałam takie dni, że nie znalazłabym tej godziny na umycie i wysuszenie ich. Wtedy w ruch szedł szampon, a włosy wiązałam w koka i heja. Działał może przez pierwszą godzinę, bo jak udało mi się dojechać na uczelnię, to miałam wrażenie, że włosy były tłuste i równocześnie matowe. Wiem, że to paradoks, ale tak to wyglądało. Zupełnie nie spełniał swojego zadania i niezbyt się polubiliśmy, ale zużyłam go w dni, w które nie wychodziłam z domu, ale chciałam mieć świeższe włosy chociaż przez tą godzinę.


Jeśli natomiast chodzi o Batiste to w ogóle nie spodziewałabym się po nim niczego. Kupiłam go w Biedronce (a właściwie kupił mi mój chłopak :*) za 11 zł. Historia też była fajna, bo najpierw poszliśmy do Biedronki niedaleko mojego chłopaka, a okazało się, że wcale tych Batistów nie wystawili i musieliśmy jechać do mojej Biedry. Na szczęście u mnie na osiedlu nie ma blogerek i wszystko było w dobrych ilościach :D
Użyłam go do tej pory może ze trzy razy, kiedy zupełnie nie kalkulowało mi się mycie włosów, a musiałam wyglądać w miarę reprezentacyjnie. Nie dość, że przedłużył świeżość moich włosów o jeden dzień, to włosy były błyszczące (ale nie tłuste) i po prostu wyglądały jak po umyciu. Do tego ma ładny, kokosowy zapach i uroczą butlę. Prędzej zużyję ten niż Isanę, ale na chwile obecną nie mogę używać takich produktów, więc trochę poczeka. Poza tym jak widać, Batiste dużo lepiej leży w dłoni niż Isana, może przez to, że jest smuklejszy.

Podsumowując, mogę powiedzieć, że zdecydowanie wygrywa Batiste bijąc Isanę na głowę. Podczas, kiedy żółtek przedłuża świeżość włosów o jeden dzień, Isana nie robi nic oprócz chwilowego uczucia, że jest ok. Jeśli będę mogła wrócić do tych produktów, z pewnością na pierwszy ogień pójdzie Batiste ;)

Pozdrawiam!
Gumi

wtorek, 12 sierpnia 2014

36. Paczka-niespodzianka

Czy i Wy macie takie dni, że tracicie motywację do prowadzenia bloga? Że macie wrażenie, że właściwie nikt Was nie czyta, że piszecie tylko dla siebie? Dopadło mnie to parę dni temu i nie odpuszczało. Jednak któregoś dnia napisała do mnie jedna z moich ulubionych, i najsympatyczniejszych blogerek z prośbą o adres. Nie bardzo chciała się przyznać co mi wysyła, ale w sumie pomyślałam sobie "a co mi tam", i wczoraj paczka dotarła w moje ręce.
Trochę nasłuchiwałam, czy nic tam w środku nie cyka (Aga nastraszyła mnie, że to może być coś wybuchowego :P), ale kiedy otworzyłam paczuszkę najpierw rzuciłam się do czytania listu, a potem do oglądania rzeczy, które mi przesłała. Wierzcie mi lub nie, ale buzia uśmiecha mi się do tej pory, a motywacja wróciła.
Aga napisała mi tyle miłych słów! Nie będę Wam tutaj przytaczać jej listu, ale wierzcie mi, że dawno nie spotkałam (nawet wirtualnie!) tak sympatycznej osoby.

Są blogerki, które po prostu lubią swoich czytelników, mają pasję do tego, co robią i co piszą. Każda obserwacja jest dla nich jak dobry deser lodowy, a każdy komentarz jak kawałek ciasta. Cieszą się z każdego, kto zajrzy na ich bloga, przeczyta wypociny i napisze coś na temat. Ponieważ obserwuję głównie włosowe blogi to zauważyłam tutaj najwięcej takich blogerek, ale nie tylko. I taką blogerką jest właśnie Bijum, od której dostałam paczkę. Niesamowicie sympatyczna i ciepła osoba. 
Buziaki Kochana! :*



Patrzcie, ile wspaniałości! <3


piątek, 8 sierpnia 2014

35. Moja kolekcja pędzli do makijażu

Dziś zapraszam Was do obejrzenia mojej skromnej kolekcji pędzli do makijażu. Nie jestem żadną profesjonalną wizażystką, więc moje pędzle służą raczej do podstawowego, codziennego makijażu i pochodzą z niższych półek cenowych. Ale każdy z tych pędzelków mi się przydaje, i chociaż marzy mi się kilka pędzli do oczu z Hakuro, to spokojnie mogę się bez nich na razie obyć ;)


Moje pędzle mieszkają w białym, "koronkowym" świeczniku z Ikei na mojej nowej toaletce DIY, którą wkrótce Wam pokażę. W mojej kolekcji jest 14 pędzelków, 6 do twarzy i 8 do oczu. Na zdjęciu jest jeszcze zalotka, która również codziennie mi się przydaje ;)


Zaczniemy od pędzli do twarzy:


Pędzel do pudru z Donegala

 Dostałam go od mojej mamy wraz z kilkoma innymi pędzlami no name w tamtym roku w kwietniu. Nie mam pojęcia gdzie go kupić, ale możecie szukać w osiedlowych drogeriach. Ma bardzo mięciutkie włosie, jest wykonany bardzo porządnie i nie uciekł mi z niego żaden włosek, a prałam go już wiele razy. Napis delikatnie się ściera. Jest spory i bardzo puchaty, więc przypudrowanie twarzy zajmuje kilka sekund. Bardzo lubię go używać ale nie mam pojęcia ile kosztował :P


Pędzel do podkładu Hakuro H50

Prawdziwa perełka w mojej kolekcji! Zamówiłam go na ekobieca.pl w okolicach stycznia i od tej pory służy mi do rozprowadzania podkładu. Ma najbardziej miękkie włosie ze wszystkich moich pędzli, oczywiście jest to włosie syntetyczne. Nie zgubił ani jednego włosa podczas prania, doskonale rozprowadza mój podkład z Inglota. Jednak nie sprawdza się do kremu BB, do tego służy mi gąbeczka z Ebelin. Jego koszt to około 25zł + przesyłka.


Pędzel do pudru z Essence

Ten pędzel również ma zadziwiająco miękkie włosie i również nic z niego nie wypada. Jest porządnie wykonany, poza startym napisem nic mi się z nim nie dzieje. Używam go do rozcierania różu po nałożeniu go poniższym pędzlem. Kosztował około 11 zł.


Pędzel do różu z Essence

Bardzo przyjemny i świetnie aplikuje i rozprowadza róż. Ja jestem niestety jeszcze niedoświadczona w tej materii i wolę rozetrzeć róż czystym pędzlem, ale gdy się wprawię ten jeden spokojnie mi starczy. Oprócz bardzo delikatnie ścierającego się napisu nic się z nim nie dzieje, dobrze się pierze i jest delikatny dla skóry. Kosztował, jak jego poprzednik, coś około 11zł.


Pędzel do pudru z Sunshade Minerals

Dostałam go na Dzień Dziecka w zestawie z 6 innymi pędzelkami. Jest solidnie wykonany, bambusowe rączki są śliczne i bardzo mi się podobają, no i warto wspomnieć że same pędzle są mniejsze od tych z Essence, przez co lepiej leżą w dłoni. Włosie jest miękkie i zbite. Zestaw kosztuje 39zł+ przesyłka, a na Allegro możecie dorwać naprawdę różne konfiguracje. 


Pędzel do podkładu (?) z Sunshade Minerals

Naprawdę nie wiem do czego służy ten pędzel. Włosie jest dość rzadkie, ale mięciutkie jak u jego poprzednika. Swojego czasu nakładałam nim puder i sprawdzał się nieźle. Jednak używam go najrzadziej z całej mojej kolekcji.


Czas na pędzle do oczu:


Pędzelek języczkowy z Essence

Nie bardzo się orientuję co jest do czego, ale ja po prostu nakładam nim cienie na powiekę albo w wewnętrzny kącik. Ma twardsze włosie od kolegów z Sunshade, ale daje radę. Koszt to około 8zł.


Pędzelek- kulka z Essence

Jak widzicie mam go podobną ilość czasu co jego brata do pudru i niestety i tu napisy mocno się starły. Włosie niestety zrobiło się trochę szorstkie, ale jeszcze daje radę. Rozcieram nim cienie w załamaniu powieki. Koszt około 8zł.


Pędzel no name do dolnej powieki/wypełniania brwi

Muszę bardzo pochwalić ten pędzel. Używam go już hoho i jeszcze trochę i nie mam pojęcia skąd jest, ale świetnie sprawdza się do nakładania cienia na brwi jak i na dolną czy górną powiekę w celu zrobienia kreski. Jak widzicie ma jakieś białe paproszki ale to pewnie od papieru, bo wszystkie pędzle są po praniu. Nie wypadł mi z niego ani jeden włos i jestem z niego naprawdę zadowolona.


Pędzle do oczu z Sunshade Minerals

Szkoda by było robić każdemu z osobna zdjęcie więc zrobiłam im razem. Pierwsze dwa od lewej (na górnym zdjęciu i dolnym po lewej) służą mi do nakładania cienia na powiekę albo w wewnętrzny kącik, środkowa kuleczka do rozcierania cieni, skośny pędzelek fenomenalnie sprawdza się do wypełniania brwi, a szczoteczką przeczesuję brwi i rzęsy przed malowaniem. Tak jak ich poprzednicy do twarzy pędzle są solidnie wykonane, miękkie i odzyskują kształt po praniu. 


I to by była cała moja kolekcja. Wiem, że jest skromna, ale może kiedyś uda mi się zaopatrzyć w kilka nowych pędzli do oczu. Miałyście któryś z tych pędzelków? A może chcecie zobaczyć recenzję pędzli Sunshade Minerals?

Pozdrawiam,
Gumi

środa, 6 sierpnia 2014

34. Krem- pogromca cieni pod oczami. Recenzja: Ziaja kozie mleko.


Od kiedy pamiętam zawsze miałam problem z zasinieniami pod oczami. W epoce kamienia łupanego (czyli czasach gimnazjum-liceum, czasach zbyt ciemnych podkładów) zasinienia były bardzo mocno widoczne, a ja z braku korektora dokładałam wiecznie zbyt ciemnego, różowego podkładu pod oczy i dziwiłam się że nic nie zakrywa. Kiedy wreszcie dobrałam sobie podkład i zaczęłam używac korektora, moje problemy zmalały, ale zasinienia i tak mi przeszkadzały. Poradziłam sobie z nimi przypadkowo wrzucając ten kremik do koszyka za zawrotną cenę 4,39 w Rossmannie. Jak się sprawdził? Zapraszam :)



Zacznijmy od opakowania. Jest to niepozorna, ale charakterystyczna dla firmy biała tubeczka ze srebrnymi napisami i uroczą kózką. Mieści 15 ml produktu i jest przeznaczona do cery suchej i skłonnej do zmarszczek. W blogosferze jest polecana jako pierwszy krem mający zapobiegać zmarszczkom.

Tuba jest wygodna i łatwo z niej wycisnąć produkt (jak ktoś ma mocny uścisk to nawet za dużo produktu :D), ale i pod koniec wystarczy potrząsnąć i łatwo go wydobyć. Można także przeciąć opakowanie i nie ma z tym problemu. 

Zapach jest świeży, charakterystyczny dla produktów z tej linii. Jeśli ktoś miał krem do rąk lub do twarzy, będzie wiedział, o jakim zapachu mówię. Nie jest on w żaden sposób nachalny ani drażniący, a według mnie prawie niewyczuwalny.



Jeśli chodzi o konsystencję, jest to biały, żelowy krem- szybko się rozpuszcza pod wpływem ciepła skóry i bardzo szybko wchłania.



Producent nie podaje składu na odwrocie tuby, a wielka szkoda, bo nie każdy przechowuje opakowania. Na KWC znalazłam skład kremu z marca 2007 roku, także nie wiem, czy coś się zmieniło:

Skład: Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glycerides, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Octyldodecanol, Glycerin, Ceteareth-20, Propylene Glycol, Ethyl Linoleate, Ethyl Linolenate, Ethyl Oleate, Lactobacillus/Milk Solids/Glycine Soja (Soybean) Oil Ferment, Cyclodextrin, Panthenol, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Sodium Polyacrylate, Methylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Isopropylparaben, Potassium Sorbate, Diazolidinyl Urea, Citric Acid

A co z działaniem? Przede wszystkim przy pierwszym użyciu podobno szczypie. Z pewnością nie tak, jak krem z Rival de Loop (link do KWC KLIK!), miało być nawilżenie, a prawie wypaliło mi oczy i okolice. Ja przy kremie z Ziaji nie zauważyłam żadnego szczypania. Nakładam go na noc pod oczy, na powieki i pod łuk brwiowy, a kiedy jestem poza domem i nie chce mi się tachać dwóch kremów, to używam go na dzień w mniejszej ilości. Szybko się wchłania i pozostawia skórę miękką, nawilżoną i bez podrażnień.

Po drugim czy trzecim użyciu zauważyłam, że cieni jest jakby mniej. W ramach eksperymentu odstawiłam go na paręnaście dni (nie stosowałam żadnego kremu) i zasinienia powróciły, a wtedy ponownie rozpoczęłam nakładanie Ziaji. Zasinienia zniknęły, okolice pod oczami stały się rozpromienione, mimo, że nie zawsze jestem wyspana. Zdecydowanie duży plus za działanie rozjaśniające.

Nie wypowiem się jeśli chodzi o działanie przeciwzmarszczkowe, bo mam dopiero 21 lat i nie mam zmarszczek (oprócz dwóch delikatnych pod linią rzęs), ale skoro po pół roku używania żadnej mi nie przybyło, to na razie działa ;)

Na plus przemawia także cena i dostępność. Krem kosztuje w granicach 10 złotych i dostaniecie go w każdym Rossmannie oraz na stoiskach firmowych producenta, przypuszczam że w Naturze i Hebe też się znajdzie. 



Podsumowując:

Plusy:

+ wygodne opakowanie
+ estetyczna szata graficzna
+ wydajność (używam od lutego 2014 a mam jeszcze trochę produktu)
+ działanie rozjaśniające
+ nawilżenie
+ działanie przeciwzmarszczkowe
+ cena
+ dostępność

Minusy:

- brak składu na tubie


Miałyście? Próbowałyście? Ja z pewnością do niego wrócę :)
Pozdrawiam!  
Gumi