poniedziałek, 29 września 2014

44. Recenzja- puder bambusowy Paese

Witajcie! Nie pisałam do Was ostatnio, ponieważ dopadła mnie choroba, a później przygotowywałam się do (zdanej!) poprawki. Jestem oficjalnie studentką dwóch kierunków i mam bardzo ciężki plan zajęć, ale mam nadzieję, że uda mi się wszystko dogadać i bez problemu pozaliczam wszystkie zajęcia :) Zaczynam już w czwartek, trzymajcie kciuki!

Dzisiaj za to przedstawiam Wam puder, który jeszcze w czerwcu spisywałam na straty, a teraz sprawuje się w miarę i postanowiłam napisać o nim trochę więcej :) Zapraszam!



Zacznijmy może od ogólnego przedstawienia sprawy- puder zamknięty jest w przezroczystym opakowaniu z czarnym wieczkiem, na którym widnieje logo producenta. Moim zdaniem opakowanie wygląda luksusowo i wspaniale wpisuje się w mój ulubiony, minimalistyczny look :D Kiedyś wspominałam, że opakowanie to dla mnie połowa sukcesu, nic nie poradzę że mam słabość do ładnych kosmetyków!






Według informacji na spodzie pudełka, puder ma 30ml i jest ważny 24 miesiące od otwarcia. To super, bo chyba nigdy go nie zużyję :) Ma naprawdę krótki skład, wydaje mi się że jest też całkiem niezły. Bardziej znam się na składzie kosmetyku czy kremu niż pudru :D




Do pudru jest dołączona gąbeczka, co dla mnie jest trafionym pomysłem. Są dni, kiedy moja twarz wygląda naprawdę nieźle i używam samego pudru i wtedy nakładam go gąbeczką. Sam na kremie utrzymuje się dość długo, bo nawet 4 godziny. Duży plus!




Zawsze jednak zastanawiam się, jaki jest zamysł producenta z wydobyciem takiego pudru. Może jestem trochę ignorantką w tej dziedzinie, a może wynika to z tego że wolę pudry w kamieniu, ale jak zobaczyłam te dziurki to nijak nie mogłam wymyślić jak użyć tego pudru! :D W końcu mama pokazała mi "trik", żeby wysypać go na wieczko. Innego wyjścia nie widzę, ale muszę wspomnieć że nie jest to najwygodniejsza forma aplikacji i tu wygrywają według mnie pudry w kamieniu.




Ale za to bardzo podoba mi się to, że widzimy ile pudru nam faktycznie zostało. jak widzicie tyle zużyłam od czerwca i nie zanosi się, żebym zużyła go szybko. Spory plus dla producenta za to rozwiązanie.




Jeśli chodzi o kolor i działanie: puder jest biały i na dłoni matowy. Kupiłam go z polecenia pani w drogerii, która najpierw na siłę próbowała mi wcisnąć ryżowy i ciągle powtarzała "ten bambusowy to dla naprawdę tłustej skóry!", ale w końcu się doprosiłam :D. No i nie wiem czy matuje lepiej niż ryżowy, bo go nie miałam, ale mocnym matem bym tego nie nazwała. To raczej wykończenie delikatnie matowe, trochę satynowe (?), ale daleko mu do prawdziwego matu pudru z Elfa. 
Krem BB z Misshy razem z nim stanowią jednak fajny duet, na Inglocie też nieźle się trzyma. Trwałość na podkładzie zależy od dnia, ale najlepszy wynik to koło 12 godzin (udało się to raz i zupełnie nie wiem jak :D), a najgorszy to jakieś 5. Potem się delikatnie ściera i wymaga poprawki.
Niestety nie zasłużył na miano ulubionego pudru (głównie przez to wykończenie i bardzo kiepski sposób aplikacji, ale to sprawa umowna), ale plasuje się na mocnym trzecim miejscu :)

Miałyście kiedyś ten puder? A może lepiej sprawdza się ryżowy?

PS znowu wróciła sprawa z osobą, która kopiuje pewne moje treści na blogu. Najpierw były to tematy postów i pewne zdania, potem zauważyłam pewne elementy szablonu, no i znowu się to powtarza. Rozumiem, że może spodobać się komuś mój szablon, nagłówek, coś co napiszę albo cokolwiek innego, ale nie daje to prawa do żywego kopiowania. Jeśli sprawa się powtórzy będę zmuszona to zgłosić, a nawet opisać sprawę na blogu, mam również screeny potwierdzające całą sytuację. Przykro mi, że muszę się do tego odnosić publicznie, ale poprzednie słowa widocznie nic nie dały. 

Pozdrawiam,
Gumi

poniedziałek, 15 września 2014

43. Recenzja- Inglot AMC Cream Foundation



Moja historia z podkładami zaczęła się gdzieś w liceum. Oczywiście były to podkłady sporo za ciemne i za różowe (mimo, że najjaśniejsze z gamy kolorystycznej). W trzeciej klasie liceum trafiłam na Youtuba i zaczęłam oglądać mnóstwo dziewczyn, które wydawałoby się, są takie blade jak ja i namiętnie kupowałam polecane przez nie podkłady. Znowu pudło.
Aż pół roku po skończeniu liceum weszłam do Inglota, a miła pani doskonale dobrała mi podkład. Zapraszam na recenzję jedynego podkładu dostępnego stacjonarnie w Polsce, którego kolor odpowiada mojej twarzy ;)



Zacznijmy może od opakowania. 30 ml podkładu zamknięte jest w plastikowej buteleczce ze sporą, czarną nakrętką. Napisy na opakowaniu są czarne, szata graficzna typowa dla Inglota. Dla mnie produkt wygląda po prostu luksusowo ;) Dostajemy go w kartoniku, na którym mamy skład i najważniejsze informacje (ale ja kartonik zawsze wyrzucam :D).



Podkład ma bardzo przydatną pompkę, ogromny plus dla producenta! Co prawda jedna pompka to o wiele za dużo podkładu jak dla mnie, ale trzykrotne wciśnięcie pompki do połowy załatwia sprawę. Jego wydajność jest powalająca- starcza na ponad rok użytkowania. Oczywiście jego termin przydatności od otwarcia to 12 miesięcy, ale nie popadajmy w skrajność- jeśli nie zmienia konsystencji, zapachu czy koloru można go spokojnie zużywać.

Jeśli chodzi o krycie, powiedziałabym, że jest średnie i można je stopniować. Kiedy nabawiłam się uczulenia od płynu Facelle i całą twarz miałam usianą czerwonymi kropkami, a musiałam wyjść coś załatwić i względnie dobrze wyglądać nakładałam po prostu grubszą warstwę podkładu i wszystko było zakryte. Może nie idealnie, ale ja też nie lubię mieć maski i wolę, żeby coś było widać, niż żeby podkład przy dotknięciu twarzy odpadał płatami (a do jego zmycia nadawało się tylko dłuto :D). Ma lejącą konsystencję, można go nakładać zarówno pędzlem jak i gąbeczką, ale szczerze mówiąc u mnie najlepiej stapia się z cerą, kiedy nakładam go po prostu palcami.



Jeśli chodzi o kolor, to niektórych może przerazić. Jest to najjaśniejszy podkład z gamy i zarazem wpada w żółty. Ma w sobie delikatne drobinki (nie widać ich na twarzy, ale daje delikatny efekt "glow"), więc nie nada się dla miłośniczek płaskiego matu. Niemniej ja, jako posiadaczka tłustej cery używam go codziennie na przemian z kremem BB i po prostu go pudruję. Wytrzymuje bez poprawek parę godzin, ale o ile nie chodzę na uczelnię to raczej go nie poprawiam ;) Podkład podobno najlepiej sprawdza się przy suchej cerze, ale mnie to nie robi różnicy.



A tak prezentuje się kolor. Jestem naprawdę blada i nie spotkałam tak samo bladej osoby jak ja :P Podkład jest dla mnie dobry zarówno latem jak i zimą, latem nakładam po prostu cieniutką warstwę, bo jak jakimś cudem się opalę (jak np w tym roku) to może być naprawdę niezauważalnie jaśniejszy, ale trwa to dwa, trzy dni i znów mogę go używać. 

Podsumowując, jest to według mnie najlepszy podkład jaki miałam do tej pory. Przede wszystkim ze względu na kolor, po drugie ze względu na krycie i konsystencję, a po trzecie ze względu na naprawdę ułatwioną dostępność. Cena jest niewielkim minusem, bo podkład kosztuje chyba 48zł w salonach Inglota, ale rozkładając to na ponad rok mamy niecałe 4 złote miesięcznie ;D Polecam wszystkim, którzy lubią odrobinę luksusu za niewielką cenę, lubią dobrze dobrane podkłady (gama jest ogromna!) i przede wszystkim nie przeszkadza im delikatne rozświetlenie, które zawsze można przypudrować :D

Miałyście? Polecacie? A może znacie inny taki jasny podkład? Różowym tonom dziękujemy! ;)

Pozdrawiam,
Gumi

sobota, 6 września 2014

42. Wakacyjne denko + ulubieńcy wakacji




Umowne lato już za pasem, uczniowie poszli do szkoły, a studenci mają jeszcze jeden miesiąc na odpoczynek... Lub naukę do poprawki ;) Ja sezon wakacyjny oficjalnie zamknęłam i postanowiłam pokazać Wam w zbiorczym poście denko i moich wakacyjnych ulubieńców. Zapraszam dalej :)

Zaczniemy może od denka. W ciągu dwóch miesięcy udało mi się zużyć naprawdę sporo kolorówki (jak na mnie), z czego jestem naprawdę zadowolona, ale na pierwszy ogień idzie pielęgnacja.




1. Płyn micelarny Be Beauty x2- uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam. Jest to zdecydowanie mój ulubiony produkt do demakijażu, nie szczypie w oczy i nie podrażnia twarzy. Do tego jest śmiesznie tani (4,39zł) i dostępny w każdej Biedronce :)
2. Intimea, żel do higieny intymnej- obietnice producenta, czyli wyciąg z białej herbaty i kwas mlekowy mamy po zapachu, czyli właściwie nic nie robi. Tragedii nie było, ale znam dużo lepsze produkty tego typu.
3. Facelle, żel do higieny intymnej z aloesem- używałam go do zmywania makijażu zamiennie z jego zwykłą wersją. Niestety aloesowa wersja okropnie uczuliła mnie na twarzy, spowodowała małe, czerwone kropeczki, które samoistnie znikały po 4 dniach. Nieświadoma, że to jego wina nabawiłam się jeszcze z 4 takich uczuleń. Do zmywania makijażu nie polecam.
4. Kallos, Go Go, żel pod prysznic- kupiłam go w czerwcu w promocji 3 za 9,90zł i w sumie był okej. Dwa pozostałe też zużyłam, ale mama zdążyła wyrzucić opakowania.




5. Biała Bania Agafii, szampon-balsam do włosów- zużywałam go chyba od marca czy kwietnia. Najpierw super przedłużył świeżość włosów, potem w sumie nie robił nic specjalnego. Miał przyjemny, ziołowy zapach. Z wypadaniem nie zrobił nic.
6. Joanna Argan Oil- cudowna odżywka, która ma swoją osobną recenzję TUTAJ.
7. Kallos Argan- miała paskudny, chemiczny zapach, ale nadawała się do tuningowania. Zużyłam mieszając z innymi maskami czy z półproduktami,
8. Próbki- Biovax dla blondynek, którą uwielbiam, Sylveco lekki krem brzozowy- szału nie było; Ziaja Liście Manuka krem na dzień- również nie zawładnęła moim sercem, Marion zabieg laminowania- bardzo bardzo lubię :)



9. Tołpa, krem nawilżająco-matujący- kupiłam go zachęcona pozytywną recenzją u Karoliny (klik), ale niestety to nie dla mnie. Niby szybko się wchłaniał, ale matu nie było, a o nawilżeniu nie ma co mówić.
10. Ziaja Kozie mleko- i ten krem doczekał się recenzji (TUTAJ)- uwielbiam i już używam kolejne opakowanie :)
11. Eveline, Volumix Fiberlast- bardzo lubiłam ten tusz, świetnie rozczesywał i wydłużał rzęsy. No i miał świetną szczoteczkę :)
12. L'oreal True Match 01- kupiłam go w tamtym roku w kwietniu na promocji -40% na kolorówkę i sprawdzał się świetnie, ale dobiłam dna i z żalem wyrzucam.
13. Lovely, Curling Pump Up- chyba kiedyś trafił do moich ulubieńców, ale koniec końców tusz nie dla mnie. Zdecydowanie wolę proste szczoty i mega wydłużenie. 
14. E.L.F, Complexion Perfection- oj jak ja kochałam ten puder! Świetnie matowił, wyrównywał koloryt, trzymał się na twarzy długo długo, ale niestety spadł i się pokruszył. Teraz zostały tylko okruszki i do niczego się nie nadają.
15. Gąbeczka z H&M- ile ja jej używałam! Mam ją ze 2 lata, a od ponad roku stosowałam ją jako gąbeczkę do pudru. Fajnie wciskała puder w twarz, ale jest już tak zniszczona, że nie będę jej trzymać, poza tym teraz wolę używać pędzli do pudru.

A teraz czas na ulubieńców :)



1. Garnier mineral Invisible- fenomenalny antyperspirant! Wcześniej kupiłam sobie Niveę Angel star i niestety tylko pachniała ;) Za to ten dezodorant dorwałam na promocji w Hebe za 7zł i wiem, że będę mu wierna długo długo :)
2. Olej lniany- dzięki niemu pokochałam olejowanie włosów. Cudnie je odżywia i niestety sięga już dna, ale przy najbliższych zakupach na ZSK jeszcze go domówię ;) Koszt takiej buteleczki to 3,49zł.
3. Marion, 7 efektów serum- to był mój pierwszy produkt do włosów, potem przerzuciłam się na jedwab z GP, a przy okazji jakiejś promocji w Biedro kupiłam jeszcze ten. Zapach jest piękny i bardzo słodki, świetnie zabezpiecza końcówki. Około 6 zł, dostępne w Naturach i osiedlowych drogeriach.
4. Pomadka rumiankowa Alterra- kupiłam kiedyś do brwi i rzęs, a stała się ulubieńcem do ust :) Może zapach i smak nie są szałowe, ale nawilżenie i miękkość wszystko wynagradzają :) Dostępne w Rossmannach za około 4zł.
5. Mgiełka Spiced Mango- kupiona w Hebe za 19,99zł. Bardzo spodobał mi się zapach, a sama mgiełka jest bardzo trwała i długo utrzymuje się na ubraniach jak i na ciele. Do tego jest bardzo wydajna- używam jej od czerwca, a mam jeszcze ponad połowę :)



6. Odżywka Miss Sporty 5w1 - wcześniej używałam odżywki Eveline, ale kiedy odkryłam tą, jestem jej wierna. Nie zawiera formaldehydu i toulenu, dobrze zabezpiecza pazurki przed odbarwieniami. Dostępne w drogeriach za 6zł,
7. Rimmen 60 seconds 323 Don't be shy- Szybko wysychał, trzymał się tydzień bez odprysków i naprawdę miło się nim maluje! Do tego ten kolor! Kupiłam go w Rossmannie na przecenie za 7,50zł.
8. Eveline nr 904- długo szukałam pomarańczowego lakieru, którym będzie się dobrze malować paznokcie. Postawiłam na ten i nie żałuję, bo wygląda pięknie i wywołuje uśmiech na twarzy :)
9. Nie mogę nie wspomnieć o serii Liście Manuka! Recenzja TUTAJ.
10. Maybelline 24H Permanent Taupe- w jednym z filmików na Youtube podpatrzyłam go jako fajny cień do wypełniania brwi. Teraz używam go codziennie i jestem bardzo zadowolona :) Kupiłam go na promocji -40% w Rossmannie, ale jego regularna cena to 25zł.
11. Eveline Art Scenic tusz do brwi- ja mam w kolorze brązowym, i uzupełniałam nim brwi po hennie. Teraz wolę wypełnić brwi cieniem, a tuszem przeciągam po nich aby je ujarzmić. Kupiłam za 11 zł w osiedlowej drogerii.

12. Płyn micelarny z Be Beauty- pięknie oczyszcza makijaż i daje ulgę po całodniowym upale :)



13. Szczotka z Biedronki- używam jej do rozprowadzania oleju i masek, świetnie się do tego nadaje, chociaż rozwala mi się na pół :D 
14. Joanna Naturia szampon z miodem i cytryną- zapach ma cudny, dobrze oczyszczał i bardzo się lubiliśmy podczas upalnych dni :)
15. Vichy Dercos- szampon przeciwłupieżowy do łupieżu suchego. Ostatnio niestety przyczepiła się do mnie ta niemiła przypadłość i staram się sobie z nią radzić najlepiej jak mogę. Oczyszcza i łagodzi świąd.
16. Gumki Invisibobble i jej podróbki- bardziej ulubieńcy sierpnia, ale zostaną ze mną na dłużej. Ta niebieska jest podróbką, którą kupiłam za złotówkę w moim sklepie osiedlowym, a ta fioletowa to oryginał od Agi. Ja mam swój granatowy oryginał i różową podróbkę już napoczęte, ale chciałam Wam pokazać je w ładniejszej wersji, a nie takie rozciągnięte :D Swój oryginał kupiłam za 4,50zł na mintishop.pl.

A na koniec... Uwaga bubel!!!



Ta oto niepozorna odżyweczka z Biedronki za 5 zł wpadła w moje ręce, bo skończyła mi się ta z Joanny (która kosztuje 8zł, a nie 4zł- musieli mieć ostatnie na stanie, bo nie było wcale napisane, że to promocja :D). Pewnego razu wracając półtorej godziny do domu zajrzałam do Biedro i wzięłam ją, bo w sumie co się może stać, a na YT była polecana. Jakie było moje zdziwienie, jak po trzech dniach okazało się, że włosy są gumowe, nie da się ich rozczesać, ciągną się i generalnie nie jest za dobrze. Musi mieć w sobie mnóstwo silikonów, u mnie się nie sprawdziła i teraz golę nią nogi :D


I to by było na tyle mojego tasiemca :) Miałyście coś z moich produktów? A może mamy podobnych ulubieńców? :)
Pozdrawiam,
Gumi 

PS Muszę się Wam pochwalić, że oficjalnie jestem  studentką dwóch kierunków :) Muszę tylko dowieźć zdjęcia i podpisać umowę w dziekanacie, ale jestem mega podekscytowana i bardzo się cieszę :)

poniedziałek, 1 września 2014

41. Poniedziałek dla włosów #3 - olejek łopianowy, maseczka L'biotica Biovax

Cześć :) Dziś przyszedł czas na trzeci już poniedziałek dla włosów. Szczerze mówiąc, w tamtym tygodniu oprócz poniedziałku również w środę i w piątek moje włosy były dopieszczone, ale o tym napiszę Wam na końcu. No to lecimy ;)

Zachęcona pozytywnymi recenzjami Kosmetykoholiczki i Eter postanowiłam zakupić wreszcie olejek łopianowy z olejem z drzewa herbacianego i rozmarynu z Green Pharmacy. Musiałam zawędrować aż do mojej ulubionej osiedlowej drogerii :) I nie żałuję, bo dorwałam go w korzystnej cenie (5,90zł) i był ostatni na półce. Oprócz niego dokupiłam moją ulubioną maseczkę dla blondynek z Biovaxu.

Przed myciem nałożyłam maskę BingoSpa z glinką Ghassoul (po myciu się w ogóle nie sprawdza), na nią olejek ze słonecznika, a w skalp wtarłam olejek z Green Pharmacy. Włosy zawinęłam w koczka i wsadziłam pod foliowy czepek. Posiedziałam tak ponad dwie godziny.



(bonusowa fotka w czepku :D)

Po tym czasie przyszło mi zmyć mieszankę. Przy opłukiwaniu włosów wodą były takie mięciutkie! Zauważyłam, że mieszanka tej maski i oleju bardzo im służy. Włosy umyłam moim ulubionym ostatnio szamponem Dercos do łupieżu suchego z Vichy, a na długość nałożyłam maseczkę z Biovaxu. Włosy zwinęłam w koczek i wsadziłam je pod turban na jakąś godzinę. 


Maska zrobiła swoje i włosy stały się jeszcze bardziej miękkie, a szampon dobrze oczyścił skalp z olejku nie podrażniając go przy okazji.


Po zmyciu maski i wysuszeniu włosów zabezpieczyłam je jedwabiem w płynie z GP. A jak wyglądają włosy?


Ano wcale nie tak jak lubię. Trochę się pokręciły na wierzchu i średnio mi to pasuje, ale nic z tym nie zrobię. Poza tym nie mam pojęcia czemu się pokręciły, bo suszyłam je jak zwykle. No ale trudno :D A jeśli chodzi o skalp, to nic mnie nie swędzi i nie szczypie, więc olejek póki co trochę złagodził podrażnienia skalpu.


(zdjęcie z lampą po przeczesaniu TT i 50 podejściu do zdjęcia :D)

W poprzednią środę była u mnie Aga z bloga bubijum.blogspot.com (klik w link), w linku macie nawet naszą jedyną wspólną fotkę z hipsterskiego automatu :D. Z tej okazji musiałam jakoś zadbać o włosy, żeby nie było wstydu, więc we wtorek na noc je naolejowałam olejem lnianym, a rano po zmyciu oleju nałożyłam moją ukochaną odżywkę Garniera AiK. Włosy moim zdaniem super wyglądały, ale zapytajcie Agę o zdanie :)

W piątek natomiast nałożyłam taką mieszankę jak dziś przed myciem (bez olejku z GP), a po zmyciu zrobiłam zabieg laminowania z Marionu. Bardzo lubię te saszetki, wydaje mi się że są mega poręczne i ogólnie fajnie działają. Nie próbowałam jeszcze prawdziwego laminowania żelatyną, ale może kiedyś :) W każdym razie włosy prezentowały się tak (moim skromnym zdaniem- miodzio :P):



Mam Wam jeszcze coś do przekazania! Postanowiłam wziąć udział w mojej drugiej blogowej akcji (pierwsza była u Anwen z olejowaniem, nie do końca udana :P), a jest to akcja u Eter, która zwie się "Zapuszczaj wytrwale, niechaj centymetry przybywają w chwale!" :)


Polega na tym, że od 31.08 (przynajmniej ja się chwilę wcześniej zgłosiłam) do 20.12.2014r zapuszczamy włosy wszelkimi możliwymi sposobami. Ja postanowiłam wykorzystać następujące rzeczy:
- olejek GP z łopianem, olejkiem herbacianym i rozmarynem,
- picie skrzypokrzywy- bardzo lubię :)
- suplementacja drożdżami piwowarskimi.

Jeśli coś dodatkowego wpadnie mi do głowy jeśli chodzi o zapuszczanie to z pewnością napiszę o tym po prawie 4 miesiącach akcji :)
Zaczynam od 59 cm (mierzone od czoła).


A teraz kończę ten tasiemiec i pozdrawiam Was serdecznie :)
Gumi