środa, 7 stycznia 2015

55. Prawdziwy tłuścioch- recenzja kremu zimowego Floslek



Okres zimowy być może już za nami, a może dopiero przed nami. Z racji zbliżających się ferii postanowiłam zrecenzować Wam produkt, który części osób może być niezbędny podczas zimowych wyjazdów. Ja kupiłam go, zeby zapobiec przesuszeniu skóry, jakie występuje u mnie w okresie zimowym. Skóra jest nieprzyjemnie sucha, robi się cała czerwona, nic przyjemnego. Czy krem się sprawdził? Zapraszam :)



Kremik dostajemy w białej, pięćdziesięcio mililitrowej tubie z zieloną zakrętką. Otwiera się standardowo, dozownik jest mały i nie wypływa z niego zbyt duża ilość produktu. Pachnie dosyć delikatnie, ja bym powiedziała że słodko, trochę jakby dzidziusiem? Nie wiem czemu tak kojarzy mi się ten zapach :D Krem zwrócił moją uwagę w aptece- chciałam kupić Alantan Dermoline, ale niestety go nie mieli. Ten leżał sobie niepozornie na przecenie za 7zł, także po pobieżnym przejrzeniu składu postanowiłam dać mu szansę. 7 złotych to nie majątek, a najwyżej można go zużyć do czegoś innego.



Skład trochę wzbudził moje wątpliwości i długo go studiowałam, żeby sprawdzić, czy nic mi nie zaszkodzi. Martwiła mnie parafina pod koniec składu, która, jak wiemy, może nas zapchać zamiast nawilżyć. Jednak całkiem wysoko jest tytułowy bio olej ze słodkich migdałów, więc się nie martwiłam. Przed zapachem mamy też pantenol, więc może złagodzić ewentualne podrażnienia.



Krem ma białą, lekko lejącą się konsystencję. I właśnie ona jest moim największym problemem, bo wbrew pozorom jest okropnie tępa i ciężko ją rozsmarować na twarzy w odpowiedniej, czyli dla mnie minimalnej ilości. O ile rozsmarowywanie mogę znieść, to jest coś, czego po prostu nie potrafię przeboleć...



... a mianowicie to, co dzieje się z kremem po rozsmarowaniu. Byłam świadoma, że trzeba będzie dłużej poczekać na wchłonięcie, ale nie, że ten czas dochodzi nawet do pół godziny! Poza tym pozostawia tłustą warstewkę, która w ogóle się nie wchłania... W jeden z dni, w które z domu wychodziłam dopiero po południu nałożyłam go o 9 rano na twarz, ale szybko tego pożałowałam. Zamiast oczekiwanego otulenia i nawilżenia czułam, że moja twarz jest po prostu tłusta. Wyglądała na matową, a dotykając policzka około 15 czułam, jak ściągam cały mejkap razem z kremem... Miałam ochotę zmyć cały makijaż i wyrzucić ten krem daleko daleko! Nadmienię, że przy moim standardowym arsenale taki efekt nie występuje. Poza tym powyskakiwały mi niefajne krostki, więc musieliśmy się pożegnać na dobre.

Podsumowując, tłuściochy nie dla mnie i mojej mieszanej cery. Zużyję go do kremowania nóg (które są okropnie przesuszone i mają chyba jakąś reakcję alergiczną) i stóp, może da mi lepszy efekt niż na twarzy. Nie wiem jak sprawdzi się przy cerze suchej lub wrażliwej, ale uważałabym na tę parafinę.
Koniec końców- krem fajny, ale nie na tłustą czy mieszaną skórę. trochę się zawiodłam, bo myślałam, że może coś mnie ukoi w te paskudne mrozy.

A czy Wy macie idealny krem na zimę?

Pozdrawiam,
Gumi

sobota, 3 stycznia 2015

54. Włosy jak z reklamy- recenzja: maska Gloria do włosów suchych i zniszczonych.



Witajcie w 2015 roku! Dziś recenzja maski, która rozkochała w sobie moje włosy. Chcecie wiedzieć więcej? To zapraszam :)





Zaczniemy standardowo od opakowania. Maska zamknięta jest w niebiesko-białym, słoiczkowym opakowaniu, które zawiera 240ml produktu. Od maski dzieli nas sreberko, dzięki czemu wiemy, że nikt nam tam paluchami nie grzebał. Samo opakowanie jest solidne, już kilka razy spadło mi z półki i jeszcze nigdy nic się z nim nie stało. Z etykiet (które troszkę się odklejają od środka) możemy się dowiedzieć o zalecanym sposobie użycia, o słowach producenta i o składzie produktu. Maska otwiera się bardzo wygodnie mokrymi dłońmi, także ze strony technicznej nie mam jej nic do zarzucenia.



Gloria ma fajną konsystencję- nie jest zbyt zbita i nie jest zbyt rzadka, ale bliżej jej do żelowej formuły. Nie spływa z włosów, potrzeba jej niewiele na pokrycie włosów za łopatki, a ja lubię czuć, że mam maskę na włosach. Jedno opakowanie starczyło mi na 2-3 miesiące częstego używania, więc uważam ją za bardzo wydajną. Plus ma bardzo przyjemny, delikatny zapach, który nikomu nie powinien przeszkadzać :)

Jeśli chodzi o skład, prezentuje się następująco:


Aqua, Cetrimonium Chloride, Cetyl Alcohol, Humulus Lupulus Extract, Parfum, Panthenol, Glyceryl Stearate, Citric Acid, Methylchloroisothiazolino ne(and) Methylisothiazolinone, Bromonitropropandiol, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Benzyl Salicylate, Citral. 

Skład nie powala na kolana, ale nie jest też zły. Ekstrakt z chmielu na trzecim miejscu, a zaraz za nim zapach i pantenol. Pantenol w takiej konfiguracji za dużo nie zdziała, ale nie ujmuje to w żadnym stopniu działaniu maski. No właśnie, ale co z tym działaniem?!

Gloria jest dla mnie maską wręcz idealną. Po jej użyciu włosy są śliskie, miękkie i pełne blasku. Dobrze zmiękcza górną partię włosów, które mimo podcięcia nadal strasznie się plączą, ale to tylko jedno grubsze pasmo, więc nie ma tragedii. Maska ułatwia mi niesamowicie rozczesanie kudełków i wspomaga efekt prostych włosów. Czuję, że od razu są inne- mięsiste, odżywione, jak z reklamy :D 
Czuję, że długo się z nią nie rozstanę, ponieważ:

a) kosztuje całe 5zł w Auchanie, co jest idealną kwotą na studencki budżet
b) mam teraz dużo bliżej Auchana i istnieje dużo większe prawdopodobieństwo, że do niego trafię :D
c) jestem w trakcie drugiego opakowania i nie mam jej dosyć (a nawiasem oba opakowania dostałam w prezencie od dwóch różnych osób :P)

Czy muszę coś więcej dodawać? Lećcie do Auchana! :)

Miałyście tą maseczkę? Kochacie ją tak jak ja? A może macie zupełnie odmienne zdanie?

Pozdrawiam,
Gumi